| Okładka "Dziuni" |
A teraz, kiedy mam już ten mini-wywiad, oczywiście wklejam go tutaj, na bloga i życzę wszystkim Wam miłego czytania <3
Wywiad z Anną Marią
Nowakowską:
Anna Gierczak: Dzień dobry! Dzisiaj
spotkał mnie zaszczyt i mogę porozmawiać z moją ulubioną, polską autorką –
Panią Anną Marią Nowakowską. Pierwszy raz zetknęłam się z Pani książkami za
sprawą koleżanki, która napisała mi wiadomość „Przeczytaj „Dziunię”, spodoba ci
się”. Szczerze mówiąc, myślałam, że żartuje sobie ze mnie. Samo słowo „dziunia”
ma jednak pejoratywny wydźwięk, zgodzi się Pani?
Anna
Maria Nowakowska: Zwykło się nazywać dziunią kogoś mało rozgarniętego, osobę płci
żeńskiej o wyglądzie nijakim, zachowaniu wycofanym, sprawiającą wrażenie
gapowatej, niezaradnej, ogólnie nieciekawą. To w pewnym sensie imię-opinia. I
chyba nie muszę nikogo przekonywać, że to jest właśnie ta opinia, jaką
otoczenie miało o bohaterce mojej serii powieści. Czy słusznie? Kto czytał, ten
pewnie bez kłopotu odpowie sobie na to pytanie. Miałam wielką ochotę, żeby –
nie wprost, ale za pomocą środków narracji – opinię tę podważyć albo... Albo
zmienić wydźwięk słowa „dziunia”. Nawet bardziej to drugie. Tak, zdecydowanie
bardziej pragnęłam zakwestionować konotację tego słowa i nadać mu nieco inne
znaczenie.
Pani Anno, proszę mi powiedzieć, skąd
pomysł na „Dziunię”?
Nie
wiem. Nie mam pojęcia, skąd przychodzą pomysły na cokolwiek.
Obie „Dziunie…”, które trafiły w moje
ręce to utwory o naszej polskiej rzeczywistości, bez kolorowania i upiększania.
Trzeba przyznać, że niekiedy prawda bywa bolesna, a żeby o niej pisać, przydaje
się odwaga. Czy nie bała się Pani kontrowersji i fali krytyki po wydaniu „Dziuni”?
Gdybym
się bała kontrowersji i/lub krytyki, musiałabym poprzestać na pisaniu do
szuflady. Ale wtedy raczej w ogóle bym nie pisała, bo jestem zbyt oszczędna
(chodzi mi o oszczędzanie czasu i energii), żeby pisać po nic. Piszę, żeby ktoś
czytał. A gdzie dwóch czyta, tam są dwie opinie. Bywa, że skrajne.
W moim odczuciu język, którym się
Pani posługuje jest dosadny, czasami wręcz pełen niecenzuralnych zwrotów, a
jednak nam, Polakom, tak bliski. Jaki efekt chciała Pani wywołać używając tych
mocnych słów?
Niecenzuralnych?
To dobrze, że mi ich nie wykropkowano. Proszę mi pozwolić zauważyć, że używanie
eufemizmów nie czyni świata lepszym, tylko bardziej obłudnym. Można komuś
powiedzieć „kochanie” w taki sposób, że będzie to brzmiało jak inwektywa. Używam
wszystkich dostępnych słów, którymi posługują się Ziemianie. Słucham ich i
spisuję. Nie robię tego dla efektu, lub – co bardziej prawdopodobne – nie robię
tego, żeby świadomie wywołać określony efekt. Lubię słowa, także te, które nie
mają dobrych notowań.
Z książek o Dziuni wyłowiłam mnóstwo
cytatów, które puentują poszczególne wątki. Mój ulubiony to: „Wielka mi
historia. Wielka mi nauka. Jeszcze bardziej przerażające były wnioski: nic się
na świecie nie zmieniło, tylko dekoracje są bardziej wyrafinowane.” Za tym cytatem kryje się bardzo wiele
mądrości. Proszę jednak wyjaśnić, co chciała Pani w pierwszej kolejności
zasygnalizować czytelnikowi?
Pomijając to, że każdy czytający zrozumie wszystko
po swojemu, używając własnych filtrów poznawczych, ja mam do powiedzenia to:
Nie nadążamy, jako gatunek, za wytworami naszej własnej cywilizacji, co jest
upiornym paradoksem. Zarządzamy potężnymi siłami – energią atomową, inżynierią
genetyczną, sieciami komunikacyjnymi, bazami danych – pozostając w swojej masie
na poziomie pitekantropa pod względem moralnym. Gdybym miała ten wątek
rozwijać, nasza rozmowa stałaby się dręcząco ponura.
Porozmawiajmy
teraz o „Wymarzonym domu Dziuni”. Jaką problematykę tym razem Pani porusza? Czy
jest to kontynuacja przygód tytułowej Dziuni?
Tak, to dalsze losy Dziuni, która tym razem
pozwoliła się ponieść fali. Fala ta zniosła ją na emigrację i tam rzucała nią i
telepała, a to na mieliznę, a to na głębokie wody. Reszta w tekście.
Do kogo
chce Pani dotrzeć i kogo poruszyć nową książką?
Nigdy nie potrafiłam odpowiedzieć na tak postawione
pytanie. Może nawet niespecjalnie je rozumiem. Nie piszę dla określonej grupy;
na pewno ani razu nie zdałam sobie pytania, dla kogo piszę. Więc uczciwie
będzie, jeśli powiem, że dla tych, którzy mają ochotę czytać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz