piątek, 9 czerwca 2017

Świetna wiadomość czyli mój wywiad z autorką "Dziuń.." :)

Znaleziony obraz
Okładka "Dziuni"

Kilka dni temu wpadłam na pomysł, że świetnie byłoby zaczerpnąć informacji u źródła i przeprowadzić wywiad z panią Anną Marią Nowakowską, autorką tak lubianych przeze mnie książek o przygodach Dziuni. A u mnie "pomysł równa się działanie", toteż dotarłam do autorki i poprosiłam ją o odpowiedzi na kilka moich pytań. Pani Anna na szczęście się zgodziła i w krótkim czasie otrzymałam wiadomość zwrotną. 
A teraz, kiedy mam już ten mini-wywiad, oczywiście wklejam go tutaj, na bloga i życzę wszystkim Wam miłego czytania <3 

Wywiad z Anną Marią Nowakowską:
Anna Gierczak: Dzień dobry! Dzisiaj spotkał mnie zaszczyt i mogę porozmawiać z moją ulubioną, polską autorką – Panią Anną Marią Nowakowską. Pierwszy raz zetknęłam się z Pani książkami za sprawą koleżanki, która napisała mi wiadomość „Przeczytaj „Dziunię”, spodoba ci się”. Szczerze mówiąc, myślałam, że żartuje sobie ze mnie. Samo słowo „dziunia” ma jednak pejoratywny wydźwięk, zgodzi się Pani?
Anna Maria Nowakowska: Zwykło się nazywać dziunią kogoś mało rozgarniętego, osobę płci żeńskiej o wyglądzie nijakim, zachowaniu wycofanym, sprawiającą wrażenie gapowatej, niezaradnej, ogólnie nieciekawą. To w pewnym sensie imię-opinia. I chyba nie muszę nikogo przekonywać, że to jest właśnie ta opinia, jaką otoczenie miało o bohaterce mojej serii powieści. Czy słusznie? Kto czytał, ten pewnie bez kłopotu odpowie sobie na to pytanie. Miałam wielką ochotę, żeby – nie wprost, ale za pomocą środków narracji – opinię tę podważyć albo... Albo zmienić wydźwięk słowa „dziunia”. Nawet bardziej to drugie. Tak, zdecydowanie bardziej pragnęłam zakwestionować konotację tego słowa i nadać mu nieco inne znaczenie.
Pani Anno, proszę mi powiedzieć, skąd pomysł na „Dziunię”?
Nie wiem. Nie mam pojęcia, skąd przychodzą pomysły na cokolwiek.
Obie „Dziunie…”, które trafiły w moje ręce to utwory o naszej polskiej rzeczywistości, bez kolorowania i upiększania. Trzeba przyznać, że niekiedy prawda bywa bolesna, a żeby o niej pisać, przydaje się odwaga. Czy nie bała się Pani kontrowersji i fali krytyki po wydaniu „Dziuni”?
Gdybym się bała kontrowersji i/lub krytyki, musiałabym poprzestać na pisaniu do szuflady. Ale wtedy raczej w ogóle bym nie pisała, bo jestem zbyt oszczędna (chodzi mi o oszczędzanie czasu i energii), żeby pisać po nic. Piszę, żeby ktoś czytał. A gdzie dwóch czyta, tam są dwie opinie. Bywa, że skrajne.
W moim odczuciu język, którym się Pani posługuje jest dosadny, czasami wręcz pełen niecenzuralnych zwrotów, a jednak nam, Polakom, tak bliski. Jaki efekt chciała Pani wywołać używając tych mocnych słów?
Niecenzuralnych? To dobrze, że mi ich nie wykropkowano. Proszę mi pozwolić zauważyć, że używanie eufemizmów nie czyni świata lepszym, tylko bardziej obłudnym. Można komuś powiedzieć „kochanie” w taki sposób, że będzie to brzmiało jak inwektywa. Używam wszystkich dostępnych słów, którymi posługują się Ziemianie. Słucham ich i spisuję. Nie robię tego dla efektu, lub – co bardziej prawdopodobne – nie robię tego, żeby świadomie wywołać określony efekt. Lubię słowa, także te, które nie mają dobrych notowań.
Z książek o Dziuni wyłowiłam mnóstwo cytatów, które puentują poszczególne wątki. Mój ulubiony to: „Wielka mi historia. Wielka mi nauka. Jeszcze bardziej przerażające były wnioski: nic się na świecie nie zmieniło, tylko dekoracje są bardziej wyrafinowane.” Za tym cytatem kryje się bardzo wiele mądrości. Proszę jednak wyjaśnić, co chciała Pani w pierwszej kolejności zasygnalizować czytelnikowi?
Pomijając to, że każdy czytający zrozumie wszystko po swojemu, używając własnych filtrów poznawczych, ja mam do powiedzenia to: Nie nadążamy, jako gatunek, za wytworami naszej własnej cywilizacji, co jest upiornym paradoksem. Zarządzamy potężnymi siłami – energią atomową, inżynierią genetyczną, sieciami komunikacyjnymi, bazami danych – pozostając w swojej masie na poziomie pitekantropa pod względem moralnym. Gdybym miała ten wątek rozwijać, nasza rozmowa stałaby się dręcząco ponura.
Porozmawiajmy teraz o „Wymarzonym domu Dziuni”. Jaką problematykę tym razem Pani porusza? Czy jest to kontynuacja przygód tytułowej Dziuni?
Tak, to dalsze losy Dziuni, która tym razem pozwoliła się ponieść fali. Fala ta zniosła ją na emigrację i tam rzucała nią i telepała, a to na mieliznę, a to na głębokie wody. Reszta w tekście.
Do kogo chce Pani dotrzeć i kogo poruszyć nową książką?
Nigdy nie potrafiłam odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Może nawet niespecjalnie je rozumiem. Nie piszę dla określonej grupy; na pewno ani razu nie zdałam sobie pytania, dla kogo piszę. Więc uczciwie będzie, jeśli powiem, że dla tych, którzy mają ochotę czytać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz