poniedziałek, 27 lutego 2017

Fragment "Wywiadu z życiem" :)

Oto próbka mojego pisarstwa, jeśli masz parę chwil wolnego, to zachęcam do przeczytania :)



                                                              ***
            Ksiądz Krystian wstał dość wcześnie. Dobry humor mu dopisywał, więc zjadł szybko śniadanie i popędził do szkoły, będąc pełnym nadziei i optymizmu co do dzisiejszego dnia. W budynku szkoły zdążył wymienić „Szczęść Boże” z paroma nauczycielami, ale nie został w pokoju nauczycielskim na pogawędkę. Uważał bowiem, że oni za dużo narzekają i mają takie posępne miny. Za to on, zwarty i gotowy, pojawił się w sali lekcyjnej jeszcze przed dzwonkiem. Ksiądz Krystian aż cały drżał z przejęcia, ale nie dawał po sobie tego poznać. Kiedy katecheza już się zaczęła, przeczytał listę obecności i wstał do modlitwy. Właściwie to tylko on zmówił pacierz, bo uczniowie stali w ciszy, błądząc oczami po ścianach i popękanym suficie. Ksiądz był jednak tak pochłonięty modlitwą, że nawet tego nie zauważył.
            Krystian starał się, by uczyć się na błędach innych księży, jeśli chodzi o prowadzenie katechezy w szkole. Sam doskonale pamiętał jak w jego liceum duchowny zmuszał ich do wykucia modlitw i pieśni, z których potem odpytywał. A jeżeli robił coś innego, to z surową miną mówił o karach i potępieniach za popełnienie grzechów. Krystian wiedział, że nie tędy droga w dotarciu do ludzi, szczególnie młodych. Chciał być nowoczesny, lecz oczywiście nie do przesady i z umiarem.
            Tego dnia, gdy deszcz tłukł się o szyby i większość uczniów ostentacyjnie ziewała, ksiądz miał w sobie sporo energii i zapału do pracy. Rozdał więc młodzieży karteczki, na których mieli napisać, jakie tematy chcieliby poruszać podczas lekcji religii. Ksiądz Krystian wiedział, że wchodzenie w dyskusje z młodymi, zbuntowanymi ludźmi może być trudne, a nawet niewygodne, lecz zdawał sobie sprawę, że nie po to dostał powołanie, by unikać dialogu z bliźnimi.
            Zniecierpliwiony, po 10-ciu minutach zebrał karteczki. Był ogromnie zaciekawiony, nie wiedział, czego może się spodziewać. Po minach nastolatków mógł wyczytać jedynie znudzenie i zmęczenie. Krystian nie przejął się tym jednak, tylko zaczął czytać: „pedofilia w kościele”, „antykoncepcja”, „aborcja” – tak brzmiały hasła na kilku kartkach. Poza nimi było jeszcze kilkanaście pustych albo odważne, z napisem: „chcę po prostu spisać matmę i mieć spokój”. Ksiądz wyraźnie pochmurniał, był zdegustowany i sam nie wiedział, co o tym sądzić. „Ale sam tego chciałeś” – pomyślał.  

Krystian wreszcie miał dzień wolny, więc postanowił odwiedzić swoich rodziców, których nie widział dłuższy czas. Na myśl o bliskich robiło mu się cieplej na sercu i kojarzył z nimi mnóstwo miłych wspomnień. Lata dzieciństwa i wczesnej młodości ksiądz Krystian spędził w małej wiosce w domu rodzinnym na Pomorzu Zachodnim. Od tej miejscowości dzieliło go wiele kilometrów, więc pożyczył od znajomego samochód i wczesnym rankiem wyruszył w trasę.
Po 3,5 h podróży ksiądz dotarł do „swojej” wsi. Kiedy był już przed posesję, uderzyła go przede wszystkim cisza i ogólny rozgardiasz. Nie takiego widoku się spodziewał. Rzadko odwiedzał rodziców, za rzadko. Podjął się najwyraźniej zbyt wielu zajęć, dlatego przestał mieć czas dla rodziny.
Krystian bezszelestnie wszedł do domu. Na jego widok, matka klasnęła w ręce i przeżegnała się, po czym padła synowi w objęcia. Ojciec również nie krył wzruszenia z okazji wizyty księdza. Kiedy już siedli przy herbatce, matka wyjęła nieco zmięty list od Janka, brata Krystiana. Drżącą ręką podała go synowi i kazała przeczytać. Już początkowe zdania były za bardzo oficjalne. Janek był szczerym, spontanicznym człowiekiem, toteż ten sztywny styl nie pasował do niego, ale to jeszcze nic, sam poważny charakter to dopiero wstęp do prawdziwej bomby. Brat Krystiana wyznał w liście, że wreszcie „odkrył siebie”, że zna już wyjście ze swoich problemów, po prostu jest gejem.
Dla księdza i rodziców wszystko stało się jasne. Janek zawsze był jakiś taki delikatny, żeby nie powiedzieć, zniewieściały. Nie raz, nie dwa koledzy się z niego śmiali, kiedy nie chciał grać  piłkę albo uczestniczyć w bójkach. Z tym, że Krystian również zachowywał się podobnie, więc było ich dwóch, a jak wiadomo we dwójkę łatwiej przetrwać szykanowanie. Drogi braci się rozeszły, Krystian, uduchowiony idealista z misją, poszedł do seminarium, podczas gdy Janek wyprowadził się do Krakowa i tam studiował, żeby w przyszłości stać się weterynarzem. Obaj wierzyli, że każdy ma powołanie do czegoś. Krystian kroczył jasną ścieżką ku kapłaństwu i dla niego, i jego rodziny wszystko dobrze się układało. Jankowi też wydawało się, że wie, co robi i kim chce być. Na studiach szło mu świetnie. Spotykał się z ładną i inteligentną brunetka z dziennikarstwa. Rodzice spodziewali się, że syn znajdzie dobrą pracę, założy rodzinę i będzie szanowanym przez wszystkich, prawym obywatelem. Jednak los lubi płatać figle, kopać dołki i burzyć marzenia. Tak właśnie było w przypadku Janka. Z wizji weterynarza nic nie zostało, gdyż mężczyzna został wydalony z uczelni, o co bardzo się postarał. W pewnym momencie poczuł po prostu, że to nie to, że coś tu nie gra. Niestety nie wiedział, co z tym zrobić, co dalej. Popadł w marazm i zamyślenie. Siedział w swoim małym pokoiku w wieżowcu, wychodził tylko do pracy na pół etatu w restauracji z fast foodami. Kariera, planowane małżeństwo z Elą i perspektywa poukładanego życia, okazały się nie do zrealizowania. Dopiero jak poznał Huberta, los jakby się odwrócił, poczuł wreszcie, że jego żywot ma sens i ma szansę na szczęście.
Krystian z rodzicami dowiedzieli się o tym wszystkim dopiero teraz, z listu. Nie mieli wcześniej pojęcia, co Janek czuł i co siedziało w jego głowie. Pisał „(…) to nie wasza wina, ja sam, długo nie mogłem pogodzić się z tą odmienną tożsamością. Wielu rzeczy nie rozumiałem, ale teraz klocki poukładały się w jedną układankę.”
Krystian patrzył jak rodzice z kamiennymi twarzami krzątają się po kuchni. To tak jakby próbowali przejść do porządku dziennego nad czymś, co ich przerastało. Pierwszy odezwał się ksiądz:
- Moi drodzy, wiem jak bardzo to trudne i niezrozumiałe. Uważam też, że Janek zawsze będzie kochającym was synem. Nie ważne, jak różnych wyborów będzie dokonywał, należy mu się nasza miłość, wsparcie i modlitwa.

                                                                   ***
Kiedy Emilia dotarła na ulicę Leśną 16, jej oczom ukazała się olbrzymia willa, otoczona gustownie urządzonym ogrodem. Dziewczyna podeszła nieśmiało do furtki i wtedy właśnie drzwi się otworzyły. Z domu wybiegła mama, niby ta sama osoba, ale jakaś dziwnie odmieniona. Miała na sobie czerwoną sukienkę, jak z okładki magazynu o modzie, twarz cudownie promienną, a jej włosy były fantazyjnie upięte. Całość sprawiała oszałamiające wrażenie, Emilia musiała to w duchu przyznać.
Kobieta mocno przytuliła córkę i wyszeptała do ucha, że nie mogła doczekać się jej przybycia. Następnie wzięła totalnie zdezorientowaną Emilię pod rękę i zaprowadziła do domu. W progu przywitał ją wysoki i przystojny mężczyzna w wieku matki.
- Poznajcie się, to Marek, a to moja ukochana córka Emilia.
Nim dziewczyna wypowiedziała jakąś uszczypliwość za tę „kochaną córkę”, w tle pojawiła się dwójka małych dzieci, bliźniąt.
- A oni to kto? – wypaliła niespodziewanie Emilia.
- To Karolek i Tosia, moje dzieci. Ale nie stójmy tak w progu, zapraszam do środka – nowy partner matki był pozytywnie nastawiony do dziewczyny i śmiało wprowadził ją do wielkiej jadalni. Kiedy usiedli przy stole, matka wpadła w słowotok, wychwalała Marka i jego dzieci, jakby to była sprawa Emilii. „Kochana córka” w milczeniu słuchała rodzicielki i obserwowała zabawę pięcioletnich brzdąców. Coś jednak ją ruszyło, po słowach matki, że „razem wychowują dzieci”.
- Ale mamo, zaraz, przecież ty pracujesz.
- O właśnie, miałam o tym powiedzieć: rzuciłam tę pracę w redakcji. Nie dość, że nie płacili mi za dużo, to jeszcze pracowałam do późna. A ten czas mogę spożytkować, i tu znacząco spojrzała na Marka, inaczej.
- Mamo, nic nie rozumiem, lubiłaś tę pracę, miałaś nawet szanse na awans.
- Wiem córciu, ale już podjęłam decyzję i uważam, że jest słuszna. Ale nie mówmy o mnie, jak żyjesz Emilko, co w szkole, jak znajomi?
- Pytasz, bo chcesz wiedzieć czy po prostu wypada zadać takie pytania?
- Och, Emilko, nie wiem, o co ci chodzi. Nadal jestem twoją matką i cały czas cię kocham.
- Takie bajeczki zostaw dla tych dzieci. A moje urodziny? Zaprosiłam cię, a ty? Myślisz, że te przesłane trzy stówy załatwiły sprawę?
- Ależ córciu, tłumaczyłam ci przez telefon, że Tosia miała gorączkę i musiałam z nią zostać. Jesteś dużą dziewczynką i powinnaś to zrozumieć.
- Wiesz co, nic tu po mnie. Wychodzę. A i tata cię pozdrawia, jakby cię to interesowało.
- Moje panie, nie kłóćcie się. Zaraz podaję obiad.
- Nic z tego, do widzenia panu.
Emilia wyszła i pędem rzuciła się w kierunku swojego osiedla, chciała jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju i wypłakać w poduszkę. Przydałaby się jej rozmowa z kimś zaufanym, z którym można podzielić się przeżyciami i rozterkami. Z tym, że do tej pory taką osobą był właśnie tata, ale czy jest sens poruszać z nim ten temat?

Mimo wielkiej niechęci Emilii, tata prowadził ją na konsultację psychologiczną do poradni. Nie mógł bowiem udawać, że nie zauważa gorszych ocen, ciągłej apatii, nerwowości czy spadku wagi u córki. Bardzo martwił się o nią i chciał, żeby sprawa rozwodu nie odciskała na niej aż takiego piętna. Emilia, po paru pytaniach przemiłej psycholożki, która do tego wydała się osobą kompetentną i godną zaufania, postanowiła się otworzyć. Nie, nie było jej łatwo, ale uznała, że nie ma nic do stracenia, więc wyrzuciła z siebie wiele tego, co gdzieś tam ją bolało. Zdecydowała się na cotygodniową terapię u pani Weroniki, gdyż uznała, że to może pomóc jej stanąć na nogi w całym tym bałaganie.
Nie wiadomo jakim cudem, do jej szkoły trafiła nowina, że dziewczyna chodzi na terapię i ma jakieś problemy natury emocjonalnej. Dla jej szkolnych kolegów i koleżanek była to nie lada sensacja. Nowa, a do tego jeszcze z problemami, Emilia stała się tematem numer jeden w rozmowach uczniów. Samo gadanie o jej prywatnych sprawach nie wytrąciłoby osoby silnej, jak dziewczyna, lecz późniejsze incydenty już tak…
Podczas ostatniej przerwy, do siedzącej samotnie (a jakże!) Emilii, podeszła Ewelina.
- Ej, słuchaj, nie wiem, jaki masz w tym interes, ale nigdy nie nazywaj mnie i dziewczyn przyjaciółkami. Nigdy nie byłyśmy i nie będziemy.
- Chwila, czegoś nie rozumiem. To ja mam do was żal za to, że zostawiłyście mnie samą, kiedy miałam problemy w domu. I to wy, powinnyście mnie przeprosić.
- Przeprosić? Ciebie? Ty to chyba jesteś porąbana do reszty i psychiczna, totalnie. To prawda, co o tobie mówią.
Nadeszła siódma lekcja, była to godzina wychowawcza, prowadzona przez wyjątkowo wścibską i nietaktowną nauczycielkę. Emilia nie spodziewała się ciosu z jej strony…
- Emilia? Co to za dwójki z matematyki? Jaka ocena ci wypada? No tak, dwója i nic więcej. Co się z tobą ostatnio dzieje?
- Ona przechodzi kryzys psychiczny, proszę pani! – wypalił jeden z uczniów, a reszta klasy zaczęła się szyderczo śmiać i spoglądać na nią w dziwny sposób. Emilia, mimo że kipiała ze złości, nie dając po sobie tego poznać, ze stoickim spokojem powiedziała:
- Owszem przechodzę pewien kryzys, jednak jestem osobą świadomą i chcę z niego wyjść. Mnie z kryzysu da się wyleczyć. A czy wasza głupota i prostactwo nadają się w ogóle do leczenia? Naprawdę szkoda mi was..
- Emilia! Dosyć tego! Natychmiast przeproś klasę, bo inaczej wyślę cię do pani dyrektor – zareagowała wychowawczyni.
- Nie zareagowała pani, kiedy jeden z chłopaków się ze mnie nabijał i próbował mnie ośmieszyć, a jak ja powiedziałam prawdę, to pani każe mi za nią przeprosić?
- Dość tego, moja droga. Natychmiast do pani dyrektor, a jutro ma przyjść z tobą ktoś z rodziców.

                                                               ***
Czy życie stawia przed Emilią i Krystianem przeszkody nie do pokonania? Zapewne ksiądz przekonywałby nas, że Bóg daje nam tylko takie wyzwania, które jesteśmy w stanie przezwyciężyć. Zaś Emilia pewnie nie zgodziłaby się do końca z drugim bohaterem tego opowiadania, gdyż okres dojrzewania jest wystarczająco trudny, sam w sobie, więc po co go jeszcze bardziej komplikować?
Czy życiorysy dwójki bohaterów kiedyś się skrzyżują? Z pewnością tak, np. podczas spowiedzi czy po prostu w jakiejś kompletnie prozaicznej sytuacji.
Co dalej z Emilią i Krystianem? Jak się okaże ksiądz spotka się ze swoim bratem, Jankiem, a dziewczyna stanie naprzeciw kolejnym rozterkom, tym razem o charakterze egzystencjalnym i pozna bardzo ciekawą osóbkę.  Ale o tym cicho sza…, następnym razem Wam opowiem :)

2 komentarze:

  1. Dlaczego stawiasz spację przed znakami interpunkcyjnymi?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ok, przyznaję zdarza się. Dziękuję za uwagę. Jeśli chodzi o takie, techniczne sprawy, to tekst nie został dokładnie przepatrzony pod tym kątem. Raczej skupiałam się na treści. Toteż jeśli masz jakieś spostrzeżenia dotyczące tematyki, spójności tekstu i ogólne wrażenia, to z chęcią zapoznam się z krytyką.

    OdpowiedzUsuń