niedziela, 6 sierpnia 2017

Wakacje pełne wrażeń, w tym psychoterapia i dawka pokory na szlaku

31 lipca 2017 r. (poniedziałek)
To był dzień pełen wrażeń, pod znakiem pokory i psychoterapii na szlaku. Ale o tym za chwilę, wszystko po kolei.
Pobudka o 6.00, szybkie śniadanko, pakowanie plecaków i w drogę. 
Jesteśmy w Kuźnicach ok. 7.45 i już z daleka widać dużą grupę ludzi czekających na wjazd kolejką na Kasprowy Wierch. Wraz z mamą dołączam do nich i w tym całym zamieszaniu i zgiełku spędzamy nieco ponad 2 h. 
W końcu szybki wjazd wagonikiem na górę, pamiątkowe zdjęcie i dalej, w drogę, tym razem już na własnych nogach.
Idziemy szlakiem w dół, by dotrzeć do rozstaju dróg i kierować się do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Pogoda nam sprzyja, toteż nie odczuwamy zapowiadanego upału. Tempo mamy nawet niezłe i w niedługim czasie jesteśmy przy wspomnianym stawie. Tam, kilka zdjęć, dwa filmiki, prowiant i dalej, na Karb. Mama, która niosła cięższy plecak, ma już pogodniejszą minę, nie wiem, może bardziej koncentrujemy się na drodze, żeby się nie potknąć niż na wzdychaniu, że czuć już plecy. Szlak wydaje się nieco czasochłonny, lecz my docieramy szybciej niż wskazywał drogowskaz i podany średni czas wejścia. Dumne z siebie, podziwiamy stawy w dole, po jednej i po drugiej stronie wzniesienia. Jeszcze pare chwil na złapanie oddechu i idziemy dalej, piąć się na Kościelec. Mijani turyści krzepią nas zdaniami, że "jest trudnawo, ale dacie panie radę". 
Z tak pozytywnym nastawieniem nie honor byłoby powiedzieć, że duszno, męcząco i w ogóle po co, skoro i z tego miejsca są piękne widoki. Dzielnie wspinamy się pod górę. Motywacja jest na poziomie max, gdyż czekało się cały rok, żeby tu przyjść. 
Mama prowadzi, tempo nadal super. Idziemy, idziemy i w końcu natykamy się na coś w rodzaju rynny (?) Pomagamy zejść jednej babeczce z widoczna nadwagą. Ja, odważnie, zabieram się za ten "moment". Mimo tego, że nie ma się czego złapać, w końcu, daję radę. Za mną - mama. I tu pojawia się problem. Mianowicie ten fragment szlaku jest poza zasięgiem mojej rodzicielki. Namawiam ją, proszę, chcę zabrać plecak, w końcu widzę dwóch panów niosących liny. I co robię? Mówię "panowie tacy silni, macie liny, a moja mateczka wejść nie może. Dałoby radę ja wciągnąć?"
I tutaj widać, że moje ambicje czasem przewyższają rozum. Toteż ci panowie tłumaczą, że nie warto robić czegoś na siłę, a na pewno nie zmuszać kogoś, bo to grozi niebezpieczeństwem. Hmmm, skoro razem wchodzimy, razem też zejdziemy, nawet jeśli od szczytu dzieli nas troszkę powyżej 20 minut. Kręcę trochę nosem i schodzę rozdrażniona. Parę minut później, odpoczywając, napotykamy panią Marię, lat 60, (o której będzie jeszcze mowa w dalszej części). Od słowa do słowa, a raczej paru słów, dowiadujemy się, że przeszła przez nowotwór i skomplikowaną operację, ale mówi, że też chyba zawróci za jakiś czas, bo nie chce ryzykować zdrowia i życia swojego i innych osób. Dowiadujemy się jeszcze później, że doświadczona z niej tatromaniaczka. Jej postawa niewątpliwie mi imponuje, zresztą nie tylko pokora, ale i wielkie serce, ale to za momencik. Schodzimy z góry, wędrujemy między stawami z drugiej strony góry, żeby dostać się do schroniska Murowaniec. Idę w dół, ale już bez naburmuszenia, tylko porażona dawką pokory i zamyślona nad losem tajemniczej kobiety. Zejście do schroniska nie zajmuje nam zbyt wiele czasu i w końcu mamy dłuższy postój. Ściągamy wreszcie buty, żeby dać odpocząć stopom. Tak, wiem, takie wyjęte skarpety to prawdziwa bomba biologiczna, idealna, żeby wysłać wrogom ;) Ale dosyć żartów, czas na nas. Ostatnie spojrzenia na malowniczą Halę Gąsienicową i trzeba uciekać.
Ledwo uszłyśmy jakieś kilkanaście minut i dogoniła nas pani Maria, która dostosowała swoje tempo do naszego (a ja myślałam, że moje jest niezłe!). Dzięki niej miałyśmy miłe towarzystwo przy zejściu do Kuźnic. Zamiast mojego marudzenia, była ciekawa konwersacja. Nasza kompanka okazała się bardzo bezpośrednią i serdeczną osobą. Karmiła mnie czekoladą, opowiadała o swoim życiu, trudnym naprawdę, acz nie było w tym żalu i przede wszystkim jeden temat kleił się do drugiego.
Dodam teraz pewien szczegół, a raczej ważną wzmiankę, tego dnia miałam na sobie koszulkę fundacji Krwinka, co bardzo zainteresowało panią Marię. Ona opowiedziała o swojej chorobie, mastektomii i wielu trudach związanych z nowotworem, z kolei ja wspomniałam o działalności Krwinki, a przede wszystkim o jej dzielnych, małych, podopiecznych. Kobieta naprawdę się wzruszyła, nazwała mnie dobrym człowiekiem i bez wahania przekazała pewna sumę na rzecz fundacji, tłumacząc, że to zwyczajny gest. Nasza rozmowa dotyczyła bardzo wielu kwestii, jednak ten moment, kiedy odważna kobieta, żeby nie powiedzieć bohaterka, wykazała wielkie serce był chyba najmocniejszy. Nie mogę sobie wyobrazić min obcych ludzi, którzy mijali płaczące babeczki, które żegnają się ze sobą i dziękują Bogu za to, że się spotkały.
Ci, którzy czytając to, dotarli aż tutaj - niech uświadomią sobie, że ten świat jeszcze nie jest taki zły, dopóki żyją tak fantastyczni ludzie jak pani Maria.
Podsumowując, powiem, że ta wyprawa naprawdę wiele mnie nauczyła.
PS Dziękuję mojej Mamie za to wszystko, to nic, że nie weszłyśmy na ten szczyt, Ty dla mnie osiągasz go codziennie.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz