wtorek, 17 kwietnia 2018

Praca konkursowa My2018

Uwaga! Dla zaczytanych, którzy są ciekawi tego, co tam "wysmerfowałam" na konkurs i nie odstrasza ich mój styl!
I znowu NIE BĘDZIE OBRAZKÓW! :) :) :)

Panie i Panowie My2018 w wydaniu aneczki:

Jak zwykle o tej porze biały puch, zwany śniegiem, nie pojawił się na czas. Z punktualnością problemy mają i ludzie, więc nie ma sensu czepiać się niebiosów o taką pierdołę. W ciasnym przedpokoju, tuż obok potężnej i pojemnej szafy, rodem z „Opowieści z Narnii”, wisi lustro. Nic szczególnego, długie, wąskie, podstarzałe i lekko mętne od upływu czasu. Od zawsze obrazuje to, co dzieje się między kuchnią, pokojem a drzwiami wejściowymi.
Cholerka, mętne lustro nie kłamie. Włosy mam oklapnięte, nogi wcale nie są pod niebo, tyłek wygląda pospolicie. Makijaż jakiś wyszedł, ciemne oczy, trochę jak po ciosie od Gołoty, wargi chyba zbyt wąskie, a kiecka kupiona przez Internet doskonale uwydatnia skoliozę. Co tu zrobić, żeby uratować się przed wpadką roku, i to na samiutkim jego początku? Czasu mało, max piętnaście minut. Zaraz wpadną znajomi, przywitają z entuzjazmem i pochwalą (hahahaha) nowy look. A potem zabiorą na huczną imprezę, będzie można wyluzować i się pobawić, ale w dobrym stylu i z kulturką. Trzeba trzymać fason, śmiać się głośno, pić napoje procentowe, tańczyć, albo, jak kto woli, bujać się, do niekoniecznie udanych remixów popowych przebojów. Ruszając się lekko na boki w objęciach przystojnego kolegi, zaczynam rozmyślać. Idealny moment na myślenie! Zamiast rozkoszować się zapachem drogich perfum mężczyzny tulącego mnie w tańcu i cieszyć się, że ktoś taki zainteresował się moją osobą, odlatuję w swoje durne refleksje!
Co tutaj robię? Kogo próbuję oszukać? Szpilki mnie gniotą w stopy, sukienka gniecie się na plecach, a nieudolnie zrobiony makijaż powoli zaczyna przypominać mój stan psychiczny! Powolutku spływa, nie mówiąc, że niemal od początku tego sylwestrowego zamieszania SAM się rozmazuje. Ze mną dzieje się dokładnie to samo. Nie jestem konsekwentna, miałam dobrze się bawić, a przede wszystkim dotrwać do końca, a tu pudło. Coraz częściej zerkam na zegarek, muzyka irytuje, przystojniak nie ma ze mną o czym gadać, a znajomi rozkręcają się przy kolejnym toaście. Cieszcie się! Idzie kolejny rok. Łudźcie się, że będziecie piękniejsi, bogatsi, szczęśliwsi i opuści was głupota! Znowu zamkniecie oczy na ważne sprawy, a otworzycie je przy pociągu do lepszego świata.
Kończy się stary rok, zaczyna nowy. Stare odwieczne prawidło. Noc jak każda inna, ale to ludzie nadają jej niezwykły i głęboki charakter. Zaraz, czekaj, wróć!!! Niezwykły to na pewno, niecodzienny strój i cała reszta ekstrawaganckich pierdół. Ale głęboki? Chyba, że mówimy o głębokich kieliszkach na szlachetne napoje, to wtedy ok, zgodzę się.
Tej nocy odwieczni chłopcy w ciałach mężczyzn, zakładają garnitur, wiążą krawat w stonowanym granacie i pamiętają, by nie dobrać białych skarpetek, uważaj kretynie! Nawet TAMTEN sprzed dwóch lat nie wygląda teraz jak żałosna karykatura męskości. Prezentuje się dość przyzwoicie. Wysoki i postawny facet z dostojną miną, prowadzący pod rękę swoją madame, czyli „prawdziwą w silikonie”. Hahaha. Nie wiem, czy serio ma cycki wypchane czymś sztucznym, ale silikon to stan umysłu. Heloł!
Pieprzyć konwenanse i niepisane reguły!
Olać magiczny czas, w którym człowiek wymyśla coraz to durniejsze postanowienia. Wychodzę z modnego lokalu, zakładam czapkę na i tak oklapnięte już włosy. Ocieram chusteczką powieki i przestaję się sztucznie uśmiechać. Wracam do domu piechotą, nie czekam na nocny autobus. Zawsze lubiłam chodzić, więc szybkim krokiem przemierzam miasto bez większego trudu. Nie wliczając cholernych szpilek, ale daję radę i idę dalej.
Wreszcie jestem w swoim mieszkaniu, wskakuję pod prysznic, żeby zmyć z siebie zapach udawanego high life, rozprostować krótką fryzurkę, która i tak rozeszła się na boki pod wpływem supermocnego lakieru i zetrzeć resztki makijażu. Gdzieś piętro niżej, dudni muzyka, chociaż ja nazywam to raczej „kombajnem westchnień rozmarzonych młodzików”. Nigdy nie przepadałam za remixami. To takie pomieszanie z poplątaniem, mieszanka zwykle wesołych nutek, w wydaniu przyspieszonym, żeby było jeszcze fajniej.
Obudziłam się, wstałam i poszłam... do kuchni napić się przegotowanej wody. Po drodze zerknęłam na lustro. O kurcze, to chyba ja. Wygląd zewnętrzny się zgadza, piżama w kratę ta sama, beżowe kapcie na swoim miejscu. Osoby mi znane nie miałyby wątpliwości, że ta w lustrze ma na imię Julia, skończyła 25 lat i mieszka na szóstym piętrze wieżowca w jednym z większych miast w Polsce. Skoro wszystko gra, to skąd wzięły się skrzydła przyczepione mi do ramion? Odkręcam się, widzę siebie z profilu, a one nadal tam są! 
Zaczął się 2018 r. na dworze znowu szaro, w bloku cicho, bo wszyscy odsypiają balangi. Mieszkam sama, nie mam nawet grubego kota, a moje mieszkanko wciąż wymaga remontu. Nic się nie zmieniło. Kolejny rok zaczął się tak samo jak poprzedni. Tylko dostrzegam jedną różnicę, mam skrzydła i mogę nimi poruszać. Kręcę się w kółko przed tym lustrem, zamykam i otweram oczy, a to "nowe coś" nic sobie z tego nie robi. Wygląda tak naturalnie, jakbym się z tym urodziła. Skoro je już mam, to niech zostaną, może się na coś przydadzą?
Po kilkunastu minutach prawie się zaprzyjażniłam ze skrzydłami. Potrafię już płynnie wachlować, a ruchy stają się coraz zgrabniejsze. Wystarczy, że pomyślę o tańcu szczęścia, który miał miejsce podczas moich urodzin spędzonych po raz pierwszy w gronie przyjacioł, a już robię piruety. Figury wychodzą poprawnie, nie przewracam się, mimo że ciasno i łatwo o coś zaczepić. 
Kolejne minuty to coraz silniejsze przekonanie, że to część mnie. Nie wiem, czy te skrzydła miałam od zawsze i po prostu ich nie dostrzegałam. Są piękne, aczkolwiek ciężko powiedzieć, co takiego nieziemskiego może być w połyskującej bieli. Ich magia polega jednak na czymś innym. Kiedy zaczęłam odpływać w świat planów i marzeń, one mnie uniosły. Pojawiło się przerażenie i zdziwienie. "Co się dzieje do cholery?" Fruwałam, nie było barier, uprzedzeń czy tabu. Granice zaczęły się zacierać. Mogłam dotrzeć tam, gdzie nigdy wcześniej najśmielsza wyobraźnia mnie nie zaniosła. Dało się! Poznałam ludzi, do których wstydziłam się podejść, rozmawiałam z malarką, która pokazała mi jak miesza się kolory i tancerką, która nauczyła mnie jak prawidłowo wykonać skok szpagatowy. 
Nikt i nic mi nie bylo w stanie mnie zatrzymać. Biegałam, fruwałam, ja ŻYŁAM. To nic, że 2018 r. trwał tyle, co motyle życie, czyli jeden dzień. Wystarczyło. Zdążyłam na nowo pokochać ten świat. Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Mogę być bajecznie bogata lub bardzo biedna, przyjaciele mogą mnie zostawić, ale mogę też poznać kogoś nowego. Mogę odwiedzić Bieszczady, wygłskać wszystkie spotkane koty, biegać w deszczu i kłócić się z rodzeństwem, kto kogo ogrywał w warcaby jak miałam siedem lat. 
Show must go on! Tak bardzo tego pragnę. Tego sobie życzę.
Teraz idę na pogaduchy do przyjaciołki, potem posiedzę sobie z książką w moim maleńkim pokoiku, a na koniec będę się rozkoszować bajkową kąpielą. Jutro zaś pójdę podbijać ten swiat. Chcę to robić i wreszcie czuję, że starczy mi sił.


2 komentarze:

  1. FaFantastyczne. Wszedłem w tę postać tak plastycznie jest napisane. Jestem pod wrażeniem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam za odpowiedź dopiero teraz. Rzadko dostaję tutaj komentarze, dlatego nie zauważyłam. Bardzo dziękuję za miłe słowa! To łechce ego, ale i zachęca do dalszego pisania :) Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania kolejnych tekstów, które niebawem tu umieszczę :)

      Usuń