W 2017 r. w księgarniach pojawiła się nowa książka autorstwa Manueli Gretkowskiej. Trzeba przyznać, że w mediach było o tym głośno. Mocny wywiad z jedną z bardziej rozpoznawalnych feministek w Polsce na onecie też podsycił emocje. Dziennikarka nie bała się niewygodnych pytań, a autorka nie poskąpiła dosadnych i gorzkich słów pod adresem znanych polityków. Całość rozmowy opierała się na tym, co skłoniło Gretkowską do napisania wspomnianej książki, dlaczego tak i czemu ma to służyć.
Fabuła, już od pierwszych stron, bardzo sprawnie się zarysowała. Mamy główną bohaterkę, jej codzienne życie, problemy i polskie paradoksy. Ważny krok, czyli wylot do Stanów Zjednoczonych. Występuje jej pracodawca, jego autystyczny syn i snobistyczni sąsiedzi. Akcja nabiera tempa i serio zaczyna się dziać.
Zaskakuje fakt, jakoby różnice kulturowe, inny język i standardy życia niczym nie odbiegały od polskich. Przelot Nataszy za ocean pod tym względem nie nastręcza żadnych nieporozumień czy trudności.
Gretkowska, dająca się wielokrotnie poznać jako bystra obserwatorka, robi to też w swojej powieści, kiedy ukazuje polską obłudę, pazerność i przykrą, średniowieczną mentalność. Duży plus za te fragmenty, niezbyt długie, ani trochę patetyczne, ale bardzo "polskie" niestety.
Zdziwiło mnie to, że praktycznie 95% wydarzeń rozgrywa się w Ameryce. Wiadomo, że USA przoduje w odkryciach naukowych, duże pieniądze, high life do piątej potęgi i wspomniana w tekście Dolina Krzemowa. Kryzys ludzkości widać też u nas. W moim odczuciu stanowczo za dużo Trumpa i jego ojczyzny. Futurystyczne wizje sprawiały wrażenie pokręconych i zagmatwanych, ale o to się nie czepiam, bo chyba na tym polega ich idea.
W powieści "Na linii świata" czytelnik miał właśnie sam znaleźć odpowiedź, co zdaje się być tą "linią świata", na czym stoimy jako ludzkość i do czego zmierzamy.
Jak dla mnie trzysta cztery strony to zdecydowanie za dużo, żeby określić problemy, z jakimi boryka się współczesny świat i nabrać po tym smutnych refleksji. Czytanie tej pozycji zajęło mi o wiele więcej czasu niż spodziewałam się wcześniej. Odniosłam wrażenie, że to bardziej przydługi felieton, a nie powieść. Do tego całość miała narzucony charakter odbioru tzn. występowało zbyt wiele stwierdzeń, że "jest tak i tak".
Na pytanie czy nowa powieść Manueli Gretkowskiej mnie rozczarowała, szczerze odpowiedziałabym, że nie. Autorka trzyma poziom, posługuje się lekkim piórem i nie brak jej odwagi oraz niekonwencjonalności. Ale czy to wystarczy, by zadowolić wybrednego czytelnika oczekującego czegoś poruszającego czy wywierającego trwały ślad w mentalności? Niekoniecznie
Na pytanie czy nowa powieść Manueli Gretkowskiej mnie rozczarowała, szczerze odpowiedziałabym, że nie. Autorka trzyma poziom, posługuje się lekkim piórem i nie brak jej odwagi oraz niekonwencjonalności. Ale czy to wystarczy, by zadowolić wybrednego czytelnika oczekującego czegoś poruszającego czy wywierającego trwały ślad w mentalności? Niekoniecznie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz