czwartek, 20 września 2018

Wszystkie oczy na Ewę! Następny rozdział "Teraz mamy inne czasy, Ewka, jak mogłaś?!"


Rozdział II „Teraz mamy inne czasy – Ewka, jak mogłaś?!”
Dzisiejszemu Adamowi na nic zdaje się tytuł książęcy. Nie musi wkładać dusznej zbroi i męczyć potężnego konia galopem. Wysoka wieża służy jako atrakcyjny punkt widokowy, a nie miejsce, gdzie przebywa przecudnej urody księżniczka.


Z arystokratycznego pochodzenia dzisiejsze Ewy mogą sobie pożartować. Jeśli facet zachowuje się jak obrażalski mamisynek, to żaden herb go nie poratuje.
Poza tym ugotować się w zbroi można bardzo szybko, a spocony facet raczej nie jest sexy. Kto uniesie na sobie tyle kilogramów żelastwa?! Adam od wielu lat gra z kolegami w sieci, a nie umawia się na siłowni czy pograć w kosza. Nie po to ktoś wymyślił Internet, żeby ludzie musieli się tak fatygować. Mówi się, że mózg to swego rodzaju mięsień, który warto gimnastykować. Adam intensywnie nad nim pracuje. Kombinuje jak poderwać Ewę, sympatyczną brunetkę z długimi nogami i wysokim IQ, uważaną przez kolegów za „niezłą partię”.
Uff! Adam wreszcie umówił się z Ewą! Jemu wydaje się, że oczarował ją klasą albo kasą, nieważne, bo któreś zadziałało. Ona, podczas domówki u Kaśki i Krzyśka, rozmawiała z nim trochę i z braku laku uznała, że piątkowa randka to nie taki zły pomysł. Oczywiście zauważyła u niego ten postępujący mięsień piwny, rubaszne poczucie humoru i przechwałki dotyczące pasma sukcesów w życiu zawodowym, ale nikt tu nie jest ideałem. Mało tego, do piątku, czyli przez cztery dni, Ewa powiedziała sobie, że Adam to na pewno ułożony mężczyzna stawiający na partnerstwo w relacjach międzyludzkich. Jak już wypowiedziała to zdanie, to automatycznie zaczęła w nie wierzyć.

"Ewa pragnie Adama, a on nad nią panuje". Dzisiaj ona ubrała się w nową małą czarną, podkręciła rzęsy tuszem, nie żałowała szminki w kolorze wściekłej czerwieni, wklepała fluidy i narobiła kurzu pudrem. Szpilki na dwunastocentymetrowym obcasie na swoim miejscu, a chmura perfum zaraz uruchomi czujki przeciwpożarowe. Dużo tych zabiegów, ale kiedy kobieta chce podobać się mężczyźnie, to też musi harować. No pain, no gain! Ewa pragnie tego faceta tak, że nauczyłaby się figur z breakdance, żeby stać się w jego oczach tą najseksowniejszą. Adam dzwoni dzwonkiem do drzwi, ona biegnie slalomem między porozrzucanymi bibelotami i otwiera. W progu trzepocze rzęsami i szczebiocze jak gimnazjalistka na pierwszej randce.
Dwudziesta trzecia wybiła na zegarze parę chwil temu. Noc, bezchmurne niebo, księżyc i ryk płaczącej Ewy dolatujący z balkonu na jej dziesiątym piętrze. Łzy płyną strumieniami, makijaż rozmazany do granic możliwości, twarz przybrała kolor grafitu i czerwieni, co uwydatnia światło jedynej świecącej obecnie planety. Kobieta siadła na staromodnym taborecie w kwiatki i patrzy w czarną przestrzeń przed sobą. Tam, na sąsiednim osiedlu mieszka jej młodsza siostra z rodziną, dalej stary przyjaciel z narzeczoną i koleżanka z pracy z małym synkiem. Kiedy każda z tych osób wraca do domu, to ma się do kogo odezwać. Nie każdego stać na luksusy w metrażu supermarketu, ale ich mały, własny skrawek mieszkania jest pełny. Nie chodzi o bajecznie drogie dywany, meble w kolorach bieli i czerni ani o porozrzucane pamiątki z najdalszych zakątków Ziemi. Ci ludzie słyszą czyjś głos w odpowiedzi na pytanie, co słychać albo co na obiad.
A Ewa musi odpowiedzieć sobie sama. W piątkowy wieczór zwykle długo szykuje się do wyjścia. Kilka razy zmienia ubranie, maluje się tak, jak lubi i spryskuje włosy odżywką nadającą objętości. Potem wychodzi, idzie do knajpy napić się wina, siedzi tak godzinę i wpatruje się w kolor trunku, uśmiechając się błogo, a potem wraca do siebie pieszo i to okrężną drogą. Cały czas próbuje wyobrazić sobie, że nie jest sama, że towarzyszy jej ktoś, kto ją bardzo lubi i ceni za poczucie humoru oraz intelekt. Jak już dotrze do mieszkania, to wolno się przebiera, włącza jak najweselszą muzykę i próbuje wcisnąć kawałek słodkiego ciasta w zaciśnięty żołądek. Stara się nie myśleć za dużo o tym, że szczególnie w weekendy zapomina jak brzmi głos kogoś, kto ją dobrze zna i uważa za cenną osobę. Sama biega, sama ogląda w kinie komedię i śmieje na niej. Sama włóczy się bez celu po krętych i klimatycznych uliczkach jej miasta. 
Ewa ma doktorat z matematyki, wie dzięki temu, że liczy się na siebie, a nie na innych. A tamto z Adamem to chwilowa przygoda i można powiedzieć, że słabość, kiedy odeszła od tej reguły z liczeniem. Ewa, pierwsza kobieta i matka, nie posiadała takiej wiedzy, więc ślepo posłuchała węża. Ta współczesna nie musi rodzić dzieci, jak nie chce, może za to zabrać się za inne rzeczy. Rozumie prace wielkich fizyków, oprócz polskiego zna angielski, hiszpański i szwedzki. Błyskawicznie recytuje starożytnych filozofów i odnajduje się w literaturze sprzed dwóch wieków. Do tego udziela się w Greenpeace i Amesty International, bo nie są jej obojętne losy świata. 
Czego brakuje dzisiejszej Ewie? IQ na pewno nie, zer na koncie również. 

Kobieta budzi się w sobotę przed południem, niespiesznie wstaje, robi sobie mocną kawę i włącza zakurzoną plazmę. W newsach pokazują Sejm, Europarlament, relację z powodzi, a na finał zostawiają prezentację drużyny Nawałki. Nic nowego. Utarty schemat powtarzany do bólu.
Na następnym kanale Ewa widzi modlące się starsze panie, celebrujące wizytę u jednego z nielicznych sprawiedliwych w tym kraju. Zaraz… emerytka… wizyta… O cholera! Imieniny babci Kazi wypadają już dzisiaj. Trzeba wyprasować sukienkę, dobrać buty, zabrać ze sobą prezent zapakowany dwa tygodnie temu i nie zapomnieć o uśmiechu bez względu na komentarze współbiesiadników. Leć Ewka! Zejdzie ci z tym, a spóźniać się co rok to bardzo niegrzecznie.
Imieniny babci Kazi to dzień, o którym nie można sobie ot tak zapomnieć. Wiadomo, że osoby starsze traktuje się z należytym szacunkiem, bo trzeba, koniec, kropka. Ewa na myśl o wielu staruszkach, pewnie marszczyłaby czoło, ale solenizantka to spokojna i pogodna emerytka, także nie powinno być źle.

Sobota, 18.30, miejsce: stare mieszkanie na drugim piętrze w niebrzydkiej kamienicy
Zgromadzona rodzina, trzy sąsiadki i wesoły kundelek babci Kazi od godziny siedzą w ciasnym pokoju gościnnym. Stół ugina się od rarytasów, wszystko wygląda apetycznie mimo bijącego po oczach cholesterolu, cukru i pustych kalorii.
Ewa, jak zwykle spóźniona, pewnym krokiem wchodzi do mieszkania, wręcza babci bukiet i starannie oklejoną paczkę. Temperatura wysoka nawet jak na letni wieczór, toteż kobieta zrzuca kremową narzutkę i zostaje w czerwonej sukience przed kolano.
‒  Dobry wieczór! Przepraszam za spóźnienie ‒  rzuca w progu, uśmiechając się przyjaźnie.
‒  O, Ewa! Rok cię nie widziałyśmy, a ty nic się nie zmieniłaś … ‒ zaczyna sąsiadka siedząca na krześle obok
‒  Dziękuję bardzo! ‒ odpowiada z lekkim rumieńcem zawstydzenia.
‒  … przychodzisz w kusej sukience, w dodatku spóźniona i znowu bez narzeczonego!
‒  Ech, te współczesne kobiety! Zegar biologiczny tyka, lata lecą, a one nie myślą poważnie o życiu! Ewa, kiedy ty wyjdziesz za mąż? Ale masz to w ogóle w planach, co? ‒ wtóruje jej druga wiekowa matrona w obciachowej biżuterii i zbyt mocnej szmince na ustach.
‒ Moje drogie, Ewa ciężko pracuje, a ostatnio dostała awans, ta moja zdolna wnuczka! ‒ babcia Kazia próbuje ratować sytuację, widząc, że kobieta gotuje się w sobie i pewnie liczy do dziesięciu zanim wybuchnie.
‒  Mam po prostu inne priorytety, a do tego chcę związać się z odpowiedzialnym i partnerskim facetem. Zdaję sobie sprawę, że w dawnych czasach było inaczej i kobiety brały, co leci, bo za moment mógł ich nikt nie chcieć. A potem, na starość, tylko narzekanie koleżankom, że pije i chrapie ten nicpoń stary… Także ja chcę mieć wybór czy gderać na starość, czy żyć na własnych zasadach – skomentowała sprawę Ewa zakładając nogę na nogę i odsłaniając przy tym zgrabne uda.
Podczas tej krótkiej, acz emocjonującej wymiany zdań rodzina patrzyła a to na sąsiadki, a to na Ewę. Nikt się nie odezwał w obronie kobiety, oczywiście oprócz babci, która za wszelką cenę unikała konfliktowych sytuacji ze strachu przed migreną. Siostra próbowała udawać, że nie bulwersują jej słowa starszych pań, zerkając na ekran telefonu. Matka zmuszała się do lekkiego uśmiechu, za wszelką cenę powstrzymując się od komentarzy. Sama doskonale pamięta, kiedy lata temu zrezygnowała z marzeń o karierze dla ogniska domowego i życia u boku przemądrzałego i nieczułego pożeracza schabowych. A wspomniany tu mąż i ojciec powoli przysypiał, zresztą jak zwykle podczas rodzinnych spotkań i nawet sprzeczki o to, czyj barszcz smakuje lepiej nie były w stanie na dobre go pobudzić. Brat przeskakiwał wzrokiem z Ewy na starsze panie, mocno współczując siostrze potyczki z niezłomnymi paniami.
‒  I ty tak do osób starszych?! Takie słowa i tym tonem?! Taka porządna rodzina i nasza kochana Kazia musi tego słuchać w swoje imieniny!
‒  Kazia, może jednak napij się tej nalewki. To nic, że bierzesz leki. Nic już bardziej ci nie zaszkodzi po takich słowach... Co za czasy, żeby młodzi tacy byli! Zero szacunku i zrozumienia…
‒  Drogie panie, po co się kłócicie? Ewa nie powiedziała nic złego. Żyje po prostu inaczej i ma do tego prawo, a panie niesłusznie ją zaatakowałyście… - niespodziewanie odezwał się Paweł. Prawie nigdy się nie odzywał, a podczas takich spotkań siedział raczej ze spuszczoną głową i zapytany odpowiadał urywkiem zdania.
‒ My atakowałyśmy?! Toż to nie do pomyślenia, kolejny młody, który za nic ma nestorów i zasady, tradycję, jakąś moralność!
‒  Kaziu, moja droga, my sobie już pójdziemy. Tak nam przykro, że takie rzeczy dzieją się w twojej rodzinie. Może i dobrze, że twój Janusz nie dożył takich czasów. Teraz to można zejść z tego świata ze wstydu, a nie zawału!
Sąsiadki wyszły oburzone, kręcąc głowami i marudząc jeszcze pod nosem. Babcia Kazia zalała się łzami, nabierając głośno powietrze. Matka głaskała ją po ramieniu i powtarzała w kółko „Już dobrze, spokojnie, Ewa nie chciała.” Młodsza siostra z mężem stali nieruchomo patrząc się na siebie w milczeniu, jakby czegoś się przestraszyli i bali odezwać. Ojciec się całkiem wybudził, bo głodny psiak korzystając z tego zamieszania wskoczył na krzesło i zabrał mu kawałek sernika z talerza. Ewa nie wiedziała, czy bardziej się smuci, czy wkurza. Patrzyła przez okno i nic nie mówiła. Za to Paweł chciał jeszcze uratować sytuację.
‒  Nie róbmy już tragedii. Nikt nie chciał nikogo obrażać. W sumie nic takiego się nie stało. Różnica zdań i tyle.
‒  Jak to nic? Babcia ma imieniny raz w roku, a tu takie cyrki! ‒ matce wygodniej było zachować stronę pań z sąsiedztwa niż własnych dzieci…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz