Mam bardzo silne przeczucie, że do zagłady nie potrzebny jest wróg z zewnątrz. Dynamit, bomby i inne okropieństwa narobią sporo huku i rozwalą wszystko, co mają w zasięgu. Na to nie ma mocnych, jeśli strzał jest celny, to jest i ofiara. W naszym kraju ludzie na co dzień jednak nie dysponują materiałami wybuchowymi i nikt dla rozrywki nie rzuca granatem na czyjeś podwórko.
No tak, granatem może nie, ale jadem prędzej.
Wiele dzieciaków i nastolatków czuje się upodlonych, szykanowanych i gorszych przez regularne obrażanie, wyzwiska czy groźby. Agresorzy nie muszą ganiać kogoś z nożem.
Obecnie ludzi, którzy mówią wprost to, co myślą i czują chyba ubywa, za to nie brak takich, którzy sprytnie wykorzystują możliwości internetu.
Czy wszechobecny hejt jest typowo polskim zjawiskiem? Pewnie nie, ale zasługuje na smutną uwagę. Osoby, które robią COŚ, są coraz częściej obiektem drwin, bluzgów czy nawet gróźb. W sieci można niestety wszystko i nie tak łatwo walczyć z komentarzami żałosnych idiotów, którzy moc mają tylko w gębie (a tu w palcach). Nie mam zamiaru rozwodzić się nad tym, kto to może być i jak uprzykrza życie innym.
To TYLKO albo AŻ słowo. Litery, głoski, wyrazy i zbudowane z nich zdanie. Jedno, dwa, pięć i wystarczy, żeby niszczyć. Jestem świadoma tego, że łatwiej burzyć niż budować. Szybciej złamiemy komuś serce, zawiedziemy zaufanie, obrazimy, zdradzimy sekret, wyśmiejemy grubaskę na siłowni, omówimy sąsiadkę i znieważymy kogoś. Do tego nie trzeba wiele wysiłku, nie ma potrzeby przytaczać wyszukanego słownictwa ani myśleć za dużo. Kaszalot, paszczur, gruba świnia, śmieć, wariat... Brr! Tyle wystarczy na przykład, wszyscy wiemy, ile można tego mnożyć, dodając wulgaryzmy jak najbardziej.
Dlaczego tego gówna jest aż tak dużo? Może tacy są najgłośniejsi? Może skoro żyjemy w wolnym kraju, to serio nam wszystko wolno?
To ma być postęp, rozwój, kolejny krok naprzód? Na świecie, gdzie myśl ludzka zmienia dzieje fantastycznymi odkryciami, mnóstwo osób emituje tony jadu, który zatruwa. Na większą skalę mamy awantury i burze, a na mniejszą i częstszą mamy sytuacje, kiedy np. jedna kobieta zagryzłaby drugą kobietę... Zamieszanie i podziały tylko temu sprzyjają, a poziom jadu we krwi szybuje.
Parę tygodni temu podczas Kongresu Kobiet miałam nieprzyjemną okazję widzieć, jak kobiety potrafią się żreć. Piękna inicjatywa, nowa wiedza, nowi ludzie, dużo pozytywnej energii, a przedstawicielki płci pięknej robią zgrzyt koncertowo. Z premedytacją tutaj wspominam o incydentach z paniami na widowni, które wkładały kupę energii, żeby utrudniać życie i nie przesiąść się dwa miejsca dalej. Piszę o kobietach tym razem i podkreślam gdzie miało to miejsce, żeby uwidocznić chory paradoks. Gównoburza, nerwy, przepychanki słowne. Słowem: po co?
Za dużo tego wszystkiego, za dużo na myślących ludzi, którymi podobno jesteśmy.
Po kimś obraźliwe słowa spłyną i dzień później nie będzie nic pamiętać, a dla kogoś innego mogą być kolejnym powodem, by czuć się gorszym, a może i pogrążyć się w głębokim smutku.
Limo pod okiem kiedyś zejdzie, a wypowiedziane zdanie może zostać w pamięci już na zawsze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz